Oceń galerię

 
 

Aktualna ocena

 

Liczba głosów: 843

Tajlandia – wyspy część 3

Autor: Robert Krupiński
Data publikacji: 20-06-2011
 
<
Gallery image
>
robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 1
<
robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 1robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 2robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 3robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 4robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 5robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 6robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 7robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 8robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 9robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 10robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 11robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 12robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 13robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 14robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 15robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 16robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 17robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 18robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 19robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 20robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 21robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 22robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 23robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 24robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 25robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 26robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 27robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 28robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 29robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 30robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 31robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 32robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 33robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 34robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 35robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 36robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 37robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 38robert.krupinski Podróże Tajlandia – wyspy część 3 39
 
>
 
 
Moja przygoda z Tajlandią, i w ogóle z Azją zaczęła się w grudniu zeszłego roku, gdy podróżowałem po Birmie, Kambodży oraz zwiedzałem Bangkok. W Bangkoku przywitałem nowy 2011 rok na tarasie mojego hotelu, który mieścił się na 64 piętrze. Z niego to właśnie podziwiałem sylwestrowe fajerwerki. To było coś niesamowitego… no i ten widok. Jeszcze tak wysoko nie byłem (oprócz oczywiście lotów samolotem). Zachwyciłem się azjatycką kuchnią, niezwykłą uprzejmością i kulturą osobistą Tajów, zresztą w ogóle Azjatów oraz czystością. Przeglądając w hotelu katalogi o Tajlandii zachwyciły mnie tutejsze wyspy. Piękne bajkowe plaże z palmami oraz lazurowa woda Morza Andamańskiego. Postanowiłem więc wrócić do Tajlandii, ale już nie do Bangkoku lecz właśnie na wyspy. Nie sądziłem jednak, że powrót będzie tak szybki. Po czterech miesiącach od powrotu znów znalazłem się w Tajlandii. Z sześcioosobową grupą znajomych wynajęliśmy piękny dom na wyspie Koh Jum. Dlaczego właśnie wybór padł na tak maleńką wyspę. Nie chcieliśmy być w tłumie turystów na wyspach takich jak Phuket, Koh Phi Phi czy Koh Samui. Wybraliśmy małą i bardzo cichą wysepkę, gdzie są dosłownie trzy kompleksy z domami na wynajem. Mięliśmy pewne obawy co do wynajmu domu, a w zasadzie obawy sprowadzały się do tego jaki on będzie…, ponieważ rezerwowaliśmy go przez Internet, bez żadnego polecenia przez znajomych. A jak to wiadomo, w Internecie na stronach hoteli czy domów na wynajem wszystko wygląda pięknie i bez zarzutów. Jeszcze jedno spędzało nam sen z oczu, a mianowicie wyżywienie… ponieważ na całej wyspie była tylko jedna restauracja, ta właśnie, która znajdowała się na terenie kompleksu domków, gdzie mieszkaliśmy. Z doświadczenia wiem, że wszystkie restauracje są fajne, nie zawsze dobrze w nich karmią, no i oczywiście nie zawsze czystość jest przestrzegana. Po ponad trzydziestogodzinnej podróży dotarliśmy na miejsce. Nadmienię tylko, że najpierw lecieliśmy z Warszawy do Kijowa, potem z Kijowa do Bangkoku, gdzie czekaliśmy ponad sześć godzin na kolejny samolot do Krabi. Po wylądowaniu w Krabi pojechaliśmy samochodem do portu, gdzie czekała na nas łódka, taka lokalna łódka, dokładnie takie same, z kolorowymi wstęgami, możecie zobaczyć na zdjęciach. Po godzinnym rejsie dotarliśmy na Koh Jum, gdzie czekał nas ostatni środek transportu, którym mięliśmy wreszcie dotrzeć do celu – klimatyzowany Jeep. Oczywiście klimatyzację miał tylko w kabinie kierowcy, a cała reszta jechała na tak zwanej „pace”. Bagaże zaś wylądowały na dachu ułożone prawie w egipską piramidę. Obawiałem się czy ich nie pogubimy, bo na wyspie dróg można powiedzieć nie ma. Są piaszczyste dróżki z wybojami, którymi porusza się dosłownie kilka samochodów, które są na wyspie. Tamtejsza ludność porusza się głównie rowerami, motocyklami oraz tuk tukami. Po dotarciu na miejsce przy recepcji powitał nas menadżer o imieniu Kris. Na jego widok widziałem jak uginają się nogi damskiej części naszej grupy – przystojny, czarnoskóry, wysoki, pięknie zbudowany z czarującym uśmiechem i białymi jak śnieg zębami. Kris ze swoją francuską partnerką sprawują opiekę menadżerską nad całym kompleksem. Po powitaniu zostaliśmy zaprowadzeni do naszego domu. Szliśmy pięknymi alejkami usytuowanymi wśród pięknego ogrodu z tropikalną roślinnością. Mijaliśmy kolejne domy i byliśmy w szoku, oczywiście pozytywnym! Nie mogliśmy się doczekać momentu kiedy wskażą nasz dom. Każdy był piękny. Wreszcie doszliśmy… Nasz prawie trzystu metrowy dom położony był dosłownie 50 metrów od plaży, wśród palm i pięknych krzewów i egzotycznych kwiatów. Dosłownie bajka. Przysłowiowa szczęka na m opadła, gdy weszliśmy do środka. Nadmienię tylko, że cały kompleks domów jest kompleksem ekologicznym, gdzie opiekunowie szczególnie przywiązują wagę do dbania o środowisko. Dom był drewniany, pięknie wykończony i luksusowo wyposażony. Przed wejściem trzeba było zostawić obuwie, zresztą od razu zapowiedziano nam, że po domu możemy chodzić tylko boso. Nie ma palenia papierosów, kupowania i wnoszenia napojów w plastikowych butelkach oraz wyrzucania śmieci „jak popadnie”. Trzeba było robić ich segregację oraz nie marnować wody. Nie było ograniczeń w dostępie do wody, ale nieuzasadnione jej użycie było niemile widziane. Jak na ekologiczną willę przystało nie było w niej telewizora ani klimatyzacji, z czego akurat ja byłem bardzo zadowolony. Po co mi telewizor? A od klimatyzacji można się tylko przeziębić, szczególnie przy temperaturze odczuwalnej na zewnątrz ponad 40 stopni. Dom spełnił nasze wszelkie oczekiwania, a nawet śmiało można powiedzieć, że je przerósł. Pozostała jeszcze jedna niewiadoma, a mianowicie restauracja, która znajdowała się ok. 200 metrów od domu, ale usytuowana była na terenie całego kompleksu domów. Mimo, że wszyscy byli wykończeni podróżą, po wzięciu szybkiego prysznica, poszliśmy przetestować restaurację. Położona była przy samym basenie i 10 metrów od plaży. Pierwsze wrażenie znakomite. Już na pierwszy rzut oka widać było, że czystość jest tu podstawowym atutem. Oczywiście buty musieliśmy zostawić przed wejściem. Od razu dostrzegliśmy przesympatyczną obsługę, która z pełną dbałością o każdy szczegół podała nam menu i zaproponowała coś do picia. Wszystko naprawdę na europejskim, wysokim poziomie. Pozytywnie zaskoczyły nas ceny. Najdroższe danie w karcie kosztowało niecałe 20 polskich złotych. Średnio dania były po 10 złotych, zupy po 7 złotych, przystawki również. Wszyscy zamówili po 2-3 potrawy – tak dla testu. To, co dostaliśmy na stół było niesamowitą ucztą dla podniebienia. Wszystko było pyszne, świeże i co najważniejsze znakomicie wszystkim smakowało. Kolejna nasza obawa został rozwiana. Dodam tylko, że restaurację prowadziła rodzina Tajów, którzy przeżyli atak tsunami będąc mieszkańcami jednej z wysp. Stracili tam cały swój dobytek, ale najważniejsze, że sami ocaleli. Potem osiedlili się na Koh Jum, gdzie właśnie prowadzą tę restaurację. Tu rozpoczęli swoje nowe życie.
Po tak pysznym jedzeniu każdy poszedł spać, bo zmęczenie nie dało o sobie zapomnieć. Następnego dnia rankiem obudziły na pierwsze promienie słońca i śpiew egzotycznych ptaków. Wypoczęci, z nowymi siłami i energią zaczęliśmy zapoznawać się z okolicą, no i oczywiście plażą. Piękna bezkresna plaża przed naszym domem i szmaragdowy kolor wody były dla nas bajką.
Prze cały okres naszego pobytu kilka razy wynajmowaliśmy łódkę, zresztą dosłownie zawsze tę samą, która nas transportowała na wyspę po przy przylocie, aby popłynąć na sąsiednie wyspy i zobaczyć inne plaże. Pierwsza wyprawa była na „niebiańską plażę” – Maya Bay, znajdująca się na wyspie Koh Phi Phi. Dlaczego „niebiańska plaża”? Ponieważ tu kręcony był w 2000 roku popularny niegdyś film „Niebiańska plaża” z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Plaża oczywiście piękna, choć widziałem bardziej niebiańskie… Bardzo turystyczna. Jest to największa turystyczna atrakcja wysp, gdzie Tajowie przypływają tu łódkami, przywożąc wszystkich turystów. Było tam tłoczno, głośno i bardzo komercyjnie. Gdyby jednak nikogo tam nie było jak na innych plażach, które mięliśmy okazję zobaczyć, to na pewno wrażenia były by bardziej pozytywne. Po tej przygodzie poprosiliśmy naszych „marynarzy” o zawożenia nas na inne piękne plaże, ale nie tak turystyczne. Chcemy zobaczyć coś pięknego, ale bez tłumów turystów.
Kolejne wyprawy miały już inny charakter. Nasi panowie „od łódki” zorientowali się co chcemy zobaczyć i gdzie popłynąć. Kolejne rejsy były na wyspę Bamboo, Mosquito, czy Chicken Island. Wszystkim opadła przysłowiowa szczęka kiedy to dopłynęliśmy na wyspę Bamboo oraz na Mosquito. Takiego koloru wody jeszcze Nikt z nas nie widział… No może porównywalny kolor miała woda na Seszelach lub na Zanzibarze.
Jednak kolejna wyprawa przyprawiła wszystkich o zawrót głowy…, a mianowicie wyspa Chicken. Spytaliśmy oczywiście dlaczego taka nazwa… „kurczak”? Ale gdy dopływaliśmy do niej więcej pytań nie trzeba było zadawać. Wyspa z daleka kształtem przypominała właśnie kurczaka. Myślę , ze bez problemu zidentyfikujecie ją na zdjęciach. W wielu bajkowych miejscach na świecie byłem, ale to co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania. Nie wiem nawet w jakie słowa „ubrać” mój opis, aby oddać piękno tej wyspy. Szmaragdowo – turkusowa woda z pięknymi lagunami, po których można było sobie chodzić. Można było poczuć się tak, jakby stało się po środku Oceanu na maleńkim skrawku pisku, który wystawał ponad poziomem wody. Dosłownie tak jakby chodziło się po wodzie na środku Oceanu. Coś niesamowitego i niemożliwego do opisania w słowach. Trzeba to po prostu zobaczyć.
Wyspy właśnie takie jak Bamboo, Mosquito czy Chicken Island nie są zamieszkałe, i to jest ich atutem. Na plażach nie ma barów, restauracji czy innych atrakcji dla turystów. Tu jest natura, natura i jeszcze raz natura. I to jest najpiękniejsze. Nie wspominałem jeszcze o temperaturze wody, ale o ten temat pominąłem, ponieważ każdy zapewne się domyśla, że woda była jak w wannie w łazience. Cieplutka, bardzo spokojna – fale dosłownie minimalne, a w zasadzie w ogóle ich nie było. Co tylko różniło ją od wody w wannie, to na pewno kolor, o którym już wcześniej wspominałem.
Niezapomnianą atrakcją tego pobytu była na pewno lekcja gotowania, którą sobie zafundowaliśmy. Do naszego domu przyszła bardzo sympatyczna Tajka o imieniu Meo, która przez całe popołudnie uczyła nas przyrządzania tajskich potraw. Uczyliśmy się gotowania zup, robienia sałatek oraz zwijania sajgonek tzw. „rolsów”. Na dwa dni prze umówionym terminem Meo przyszła do nas aby uzgodnić czego chcemy nauczyć się gotować, i aby uzgodnić menu tego popołudnia. Kupiła wszystkie składniki i dzień wcześniej przyniosła je wszystkie do naszej lodówki. Ponieważ nasz dom miał super kuchnię i całe jej wyposażenie takiej jak sztućce, talerze i garnki, nie było żadnego problemu, żeby taka lekcja gotowania mogła się odbyć. Punktualnie o 16.00 Meo pojawiła się w naszym domu i rozpoczęła się wielka lekcja gotowania tajskich potraw. Każdy z nas miał swoją rolę w kuchni. Jedni gotowali zupy, inni przygotowywali dania główne, ale każdy indywidualnie miał lekcję zwijania sajgonek. Wyżerka i zabawa jednocześnie były niesamowite. Meo była zachwycona naszymi umiejętnościami kulinarnymi. Wiele się od niej nauczyliśmy, co teraz próbujemy powtórzyć w naszych polskich domach.
Oprócz zwiedzania wysp zorganizowaliśmy sobie także wycieczkę do miasta Krabi, które leży na kontynencie, Tam właśnie, gdzie przylecieliśmy z Bangkoku. Krabi jest największym miastem tego regionu, nawet posiada międzynarodowy port lotniczy. W mieście można dostrzec supermarkety znane z naszego „podwórka”, ale również uliczki z małymi galeriami, w których można nabyć przepiękne pamiątki. W Krabi chcieliśmy koniecznie pojechać na miejscowy market. Co to była za przygoda! Towary jakie tam są sprzedawane były dla mnie nie lada atrakcją. Ryby, żaby, ślimaki oraz inne „zwierzaki”, owoce o przepięknych kolorach, których nigdy nie widziałem na oczy i nie wiedziałem , że takie w ogóle istnieją. Po wizycie na miejscowym markecie popłynęliśmy oglądać jaskinie oraz lasy mangrowe, które są tu największą atrakcją. Zobaczyliśmy również hodowlę ryby i innych „zwierzaków” wodnych.
Krabi było ostatnim punktem, który mięliśmy w planie zobaczyć podczas tego wyjazdu.
Następnego dnia było tylko plażowanie na naszej wyspie Koh Jum, a kolejny dzień to podróż powrotna. I znów ten sam scenariusz podróży, tylko w odwrotnej kolejności. Wylot z Krabi do Bangkoku mięliśmy o 19.30, a w Bangkoku byliśmy już godzinę później. Samolot do Kijowa wylatywał o godzinie 5.00. Tyle godzin czekania. Co tu robić na tym lotnisku. Postanowiłem więc, że pokażę znajomy Bangkok nocą. Wsiedliśmy w taksówkę i za dosłownie 30 minut byliśmy w centrum Bangkoku. Zabrałem ich na taras widokowy do hotelu Le Bua, w którym cztery miesiące temu spędzałem Sylwestra i witałem Nowy Rok, aby mogli z 64 pietra zobaczyć panoramę miasta. Potem jeszcze był spacer ulicami Bangkoku i powrót na lotnisko. Tak więc w bardzo przyjemny sposób upłynął nam czas, który mięliśmy na oczekiwanie na samolot do Kijowa. A potem ponad 10-cio godzinny lot do Kijowa, no i z Kijowa do Warszawy. Wspomnę tylko, że lecieliśmy ukraińskimi liniami Aero Svit. Polecam to połączenie z Bangkokiem, ponieważ bilety są w bardzo atrakcyjnych cenach w porównaniu do innych przewoźników, a standard niewiele się różni.

Podaję kilka przydatnych linków, gdybyście chcieli się wybrać do Tajlandii:

Koh Jum Villas (nasz dom w który mieszkaliśmy – tu można zrobić rezerwację):

http://www.kohjumbeachvillas.com/

Lot do Bangkoku z Aero Svit (najlepiej bilety kupować na e-skay):

http://www.esky.pl/

Gdybyście chcieli przenocować w Bangkoku, to polecam hotel Le Bua (luksusowy i niedrogi jak na taki standard i położenie – w centrum miasta):

http://www.lebua.com/

Gdybyście chcieli zasięgnąć bardziej szczegółowych informacji, to piszcie:

robert.krupinski@glow.pl

Tekst i foto: Robert Krupiński

KOMENTARZE

Nikt nie skomentował tej treści, bądź pierwszy.

DODAJ NOWY KOMENTARZ

Aby skomentowac treśc musisz byc zalogowany, zaloguj się lub załóż konto